21 maja 2020

Teofil lenartowicz cz. 15 Moje życie i samolot - "Samolot An - 28"

Teofil, mój lotniczy przyjacielu, serdecznie Ci                 

dziękuję za wyrażenie zgody na udostępnianie
cyklicznie Twoich jakże wspaniałych tekstów 
publikowanych na Twoim blogu -
Moje życie i samolot na moim portalu. 
Tak nawiązana współpraca z pewnością 
pozwoli  na szersze i skuteczne dotarcie do 
naszych odbiorców. Łączę lotnicze 
pozdrowienia
Jasiu M.

Moje zdjęcie



niedziela, 6 listopada 2016


Samolot AN-28
Na tle samolotu AN-28 stoją piloci rosyjscy i polscy po jego oblocie 22 lipca 1984 roku: Walery Marajew, Tadeusz Pakuła, Władimir Tierski i mechanik pokładowy Zygmunt Łapa. W rękach piloci trzymają proporczyki z okazji 40-lecia PRL (arch. Tadeusz Pakuła)

            Samolot An-28 powstał w biurze konstrukcyjnym Antonowa z rozwinięcia produkowanego w Związku Radzieckim samolotu AN-14 Pszczółka. Jednakże do jego produkcji w ZSRR nie doszło, tylko zlecono jego produkcję Polsce. Na początku lat 80‑tych, kiedy Związek Radziecki zaczął się wycofywać z odbioru produkowanych w Mielcu samolotów M-15, zobowiązano Polskę w ramach RWPG do produkcji samolotu AN-28. Umowa z dnia 29.12.1978 podpisana została przez ówczesnego premiera Piotra Jaroszewicza i była tak spreparowana, że uniemożliwiała sprzedaż samolotów na inne rynki, a poza tym cena silnika i innych zespołów i agregatów sprowadzonych ze Związku Radzieckiego zaledwie równoważyła cenę jaką otrzymalibyśmy za cały samolot. Cena za cały samolot miała w umowie klauzulę niezmienności, natomiast cena za urządzenia sprowadzane do tego samolotu ze Związku Radzieckiego takiej klauzuli nie posiadała. Znaczyło to, że zanim rozpoczniemy produkcję, będzie to produkcja nierentowna, gdyż ceny w ZSRR ze względu na inflacje szybko rosły. Ponieważ umowa była tajemnicą, Zakładowy Związek NSZ Solidarność, zażądał w 1981 roku od dyrektora naczelnego WSK Tadeusza Ryczaja ujawnienia warunków podpisanej ze Związkiem Radzieckim umowy, co dyrektor pod presją uczynił. Zakładowy Związek NSZ Solidarność wystąpił do dyrekcji WSK z propozycją renegocjacji podpisanej ze Związkiem Radzieckim umowy, jednak Stan Wojenny przerwał te działania i do renegocjacji umów nie doszło.

            Głos Załogi z dnia 10.12.81 redagowanej przez Głos Solidarności w artykule „Apel Solidarności” dyrektor Ryczaj przyciśnięty do muru obnażył kulisy produkcji samolotów dla Związku Radzieckiego. Solidarność pismem „Do Tymczasowej Rady Pracowniczej” wystąpiła z apelem o renegocjację umów zawartych ze Związkiem Radzieckim. Z obydwu publikacji jasno wynika, jak bardzo byliśmy wykorzystywani. Poniżej przytaczam oba pisma, gdyż wiele wyjaśniają dając pogląd o co trwała walka Solidarności z władzą komunistyczną. Cytuję:

Pismo Delegatury Związkowej NSZZ Solidarność do Tymczasowej Rady Pracowniczej

            Zwracamy się z wnioskiem o rozpatrzenie przez Tymczasową Radę Pra­cowniczą słuszności decyzji o urucho­mieniu produkcji samolotu An-28 w naszym przedsiębiorstwie oraz słusz­ności kontynuowania prac uruchomieniowych.

W dniu 11 VI 1981 roku odbyło się ple­num naszej Delegatury, na którym obecny był dyrektor przedsiębiorstwa, poświęcone po części sprawie samolo­tu An-28. W toku dyskusji prezento­wane były poglądy poddające w wąt­pliwość opłacalność produkcji samo­lotu An-28 i wskazujące na niepew­ność całego przedsięwzięcia. Przyta­czano m. in. takie argumenty, jak:

— nie technologiczność samolotu i związana z tym duża pracochłonność oraz wysokie koszty wytwarzania,

 brak w chwili obecnej zespołu na­pędowego oraz niepewność co do możliwości uzyskania niezawodnego sil­nika w pożądanym terminie,

 stanowczo za niska ustalona cena zbytu  samolotu i niepewność co do możliwości  wynegocjowania z ZSRR ceny samolotu gwarantującej opłacalność jego produkcji,

 brak pewności czy samolot spełni wymagania użytkownika (nie przeprowadzono    prób eksploatacyjnych)  i związana z tym możliwość zmniejszenia przez ZSRR zamówień (na co może mieć dodatkowo wpływ zakup konkurencyjnego L-410 UVP),

 praktyczny brak (w świetle umowy  międzynarodowej) perspektyw sprzedaży samolotu na rynkach  poza ZSRR oraz brak możliwości szerszego zastosowania samolotu w naszej gospodarce narodowej.

Dyrektor naczelny nie obalił przyta­czanych argumentów, dał natomiast do zrozumienia, że przedsiębiorstwo nie ma innej możliwości jak tylko kontynuowanie produkcji samolotu An-28. W tej sytuacji uważamy za słuszne, aby sprawę tę rozpatrzyła i podjęła stosowne decyzje Tymczasowa Rada Pracownicza.

Uważamy przy tym, że kontynuacja uruchomienia produkcji An-28 wymaga zapewnienia opłacalności całego przedsięwzięcia i podniesienia jego pewności. Sugerowaliśmy tutaj celowość m. in. następujących posunięć:

  wynegocjowania w ZSRR uprawnień do swobodnej sprzedaży przez nas samolotów na innych rynkach niż radziecki oraz do tworzenia własnych wersji rozwojowych samolotu,

  wynegocjowania z ZSRR warunków i mechanizmów ustalania ceny zbytu samolotu zapewniających opłacalność produkcji w przypadku przerwania jej na którymkolwiek etapie na skutek braku zamówień,

  poczynienia wszelkich możliwych i słusznych kroków dla uzyskania w pożądanym czasie niezawodnego zespołu napędowego,

  dołożenia starań o terminowe uruchomienie produkcji,

  rozpoczęcia (w miarę postępu w negocjacjach i we wdrażaniu samolotu do produkcji) energicznych starań o pozyskanie rynków zbytu zapewniających korzystną sprzedaż samolotu. Niezależnie od decyzji podjętych przez Tymczasową Radę Pracowniczą konieczne jest stworzenie realnego, ekonomicznie uzasadnionego programu produkcyjnego przedsiębiorstwa, gwarantującego pełne wykorzystanie zatrudnienia i mocy produkcyjnych. Program taki powinien przewidywać warianty na przypadek produkcji samolotu An-28 w wielkości przewidywanej obecnie jak też na przypadek wstrzymania jej na którymkolwiek etapie: Koniec cytatu pierwszego pisma. A oto poniżej apel solidarności. Cytuję:

„Apel Solidarności w sprawie produkcji samolotu AN-28”

W oparciu o informacje przekazane przez naszych członków uczestniczących w plenum Delegatury OBR-SK NSZZ „Solidarność" w dniu 11.6.1981 roku, na którym dyrektor naczelny przedsiębiorstwa udzielał wyjaśnień na zgłoszone pytania dotyczące programu produkcji An-28 w naszym przedsiębiorstwie, członkowie sekcji OLO/OLP apelują do Delegatury OBR-SK o podjęcie, inspirowanie i wspieranie wszelkich możliwych działań zmierzających do ograniczenia negatywnych skutków zaangażowania się w produkcję samolotu An-28.

Za szczególnie pożyteczne uważamy popularyzowanie problematyki związanej z produkcją tego samolotu wśród członków Tymczasowej Rady Pracowniczej i ogółu załogi. Prosimy o uwzględnienie w podjętych działaniach naszej negatywnej oceny całego przedsięwzięcia, opierającej się na następujących podstawowych faktach wynikających z informacji udzielonych przez dyrektora naczelnego.

1. Zawarta umowa o produkcji samolotu An-28 nie zabezpiecza w sposób należyty interesów strony polskiej, ponieważ:

a) pozostawia na czas nieokreślony odpowiedzialność konstrukcyjną w rękach biura O. Antonowa. Jest to w początkowym okresie niewątpliwie pozytywne, biorąc pod uwagę widoczne „gołym okiem" niedopracowania konstrukcji (np. zastrzał), wprowadzenie zmian po próbach państwowych i eksploatacyjnych, konieczność zabezpieczenia i udokumentowania wymagane go resursu. Umożliwia to jednak stronie radzieckiej dowolne manipulacje konstrukcyjne bez liczenia się z naszymi możliwościami i kosztami wprowadzenia zmian konstrukcyjnych. Przyjęcie odpowiedzialności konstrukcyjnej jest obecnie niemożliwe ze względu na brak podstawowej dokumentacji samolotu, a mianowicie: obliczeń aerodynamicznych, badań tunelowych, obliczeń mechaniki lotu, sprawozdań z prób państwowych w locie, obliczeń aerosprężystości, badań modeli dynamicznie podobnych, obliczeń obciążeń, pomiarów obciążeń w locie, programów i uzasadnień prób statycznych, wyników prób statycznych z korektą na właściwości materiałowe i dane geometryczne elementów, programów i uzasadnień prób zmęczeniowych, wyników prób zmęczeniowych z korektą na właściwości materiałowe. Bez tych danych podjęcie jakichkolwiek decyzji w zakresie struktury samolotu jest niemożliwe.

b) nie przewiduje zwrotu przez stronę radziecką kosztów uruchomienia produkcji (rublowych, dolarowych, złotówkowych), co w przypadku wycofania się z umowy stworzy sytuację identyczną jak z M-15. W związku z tym należy zabezpieczyć w umowie wymóg zwrotu wszystkich kosztów bez względu na ilość samolotów sprzedanych do ZSRR ze szczególnym uwzględnieniem wydatków dewizowych i złotówkowych przeliczonych po kursie niehandlowym na opłacenie pracowników.

c) nie przewiduje mechanizmu wzrostu cen samolotu dla zrekompensowania podwyżek cen importowanych z ZSRR agregatów i materiałów, oraz wzrostu innych kosztów   wytwarzania. Ustalona  w 1978 r. cena importowanych zespołów (bez silnika) wynosząca 1/3 ceny samolotu wzrosła w chwili obecnej dwukrotnie (wg zawartych kontraktów) i wraz z ceną silnika i importowanych materiałów przewyższa znacznie ustaloną cenę samolotu w roku 1978.

            Przewidywane przez dyrekcję na ten rok negocjacje cenowe zmierzające do ustalenia nowej ceny zbytu samolotu uważamy za bezcelowe w świetle informacji, że produkcja seryjna ruszy około roku 1985. Do tego czasu, nowa, ustalona w tym roku cena okaże się zapewne nieopłacalną. Dlatego postulujemy ustalenie i wynegocjowanie tworzenia cen zbytu np. według zasady: wzrost ceny importowanych agregatów o określony procent w stosunku do ceny wyjściowej powoduje wzrost ceny samolotu o taki sam procent.

Jednocześnie w przypadku planowania ograniczenia importu kooperacyjnego, należy każdorazowo przeprowadzić analizę opłacalności uruchamiania produkcji we własnym zakresie (np. może się okazać, że nieopłacalne jest tworzenie warunków do obróbki stopów berylu, taniej importować gotowe części).

d) ogranicza  swobodę sprzedaży samolotu przez wymóg, że sprzedaż   samolotu  na inne rynki może się odbywać dopiero po zaspokojeniu potrzeb radzieckich. Ten zapis pozbawia nas wszelkich atutów w negocjacjach cenowych. Nieprzyjęcie proponowanej przez stronę radziecką ceny oznacza zaprzestanie, produkcji.

Opisane wyżej warunki kontraktowe sprowadzają nasze przedsiębiorstwo do roli (----) (art. 2 pkt. 3 ustawy o kontroli publikacji i widowisk Dz. U. nr 20 poz. 99). Ciekawe jak dyrekcja wyobraża sobie sfinansowanie tego przedsięwzięcia w warunkach reformy gospodarczej i samofinansowania przedsiębiorstw.

2. Rozpoczęcie wdrażania produkcji wyrobów kompletujących w zakładach kooperujących nastąpiło w warunkach dyrektywnego zarządzania. Istnieje niebezpieczeństwo, że w warunkach samodzielności przedsiębiorstw niektóre z zakładów kooperujących mogą uznać tę produkcję za nieopłacalną. Np. według uzyskanych na plenum informacji, produkcja wyrobów dla An-28 hamuje postęp techniczny w PZL „Hydral" Wrocław i z tego powodu jest tam niechętnie widziana. Podobnie niedopracowanie konstrukcji silników może zniechęcić do ich produkcji WSK Rzeszów. W tej sytuacji nasze przedsiębiorstwo może stanąć przed groźbą załamania się całego programu z braku kooperantów. Tymczasem brak informacji, że dyrekcja szykując się do działania w warunkach zreformowanego systemu gospodarczego zawiera z kooperantami umowy na nowych zasadach.

3. Istnieją  obawy,  oparte o analizę konstrukcji, że samolot nie spełni wymagań odbiorcy. Obawy  te uzasadniają   następujące   fakty:

a)        samolot  jest   przewidziany   na następcę An-2 w obsłudze komunikacji lokalnej. Ze względu  na użyty napęd  samolotu,  mogą zostać wysunięte przez użytkownika zarzuty identyczne jak w przypadku M-15, który również miał być następcą An-2, tyle że w zastosowaniach rolniczych a mianowicie:

  znacznie zwiększone w stosunku do An-2 zużycie paliwa przy nieprzygotowaniu bazy naziemnej do zabezpieczenia dostaw takiej ilości paliwa (samochodów, zbiorników),

  nie przygotowanie bazy technicznej do obsługi i napraw bardziej skomplikowanych silników turbinowych.

  brak dowodów efektów ekonomicznych zastosowania tego samolotu w stosunku do An-2,

b)  przednie  koło ma średnicę mniejszą niż koło samolotu M-15, co spotęguje  występujące w przypadku samolotu M-15 trudności w ruszaniu z miejsca i manewrowaniu na ziemi na nieprzygotowanych lądowiskach.

c)   An-28 ma mniejszy przekrój przestrzeni ładunkowej niż An-2,

d)      piętnastoletni cykl opracowywania prototypu przez doświadczone biuro konstrukcyjne rodzi podejrzenie, że koncepcja samolotu jest chybiona, a jej wady dadzą o sobie jeszcze znać.

4. W samolocie zastosowano cały szereg nie uzasadnionych w tej klasie samolotów rozwiązań konstrukcyjnych i nietypowych materiałów jak stopy tytanu, berylu, cezu, włókna węglowe. Zmusi to zakład lotniczy do opanowania całego szeregu nowych technologii. Postęp techniczny może być korzystny i ten argument jest chętnie wykorzystywany przez rzeczników programu produkcji An-28, jednak nie opiera się w tym przypadku na racjonalnych podstawach. Za postęp techniczny można uznać tylko takie działania, które przynoszą ekonomiczną korzyść dla zakładu i kraju. W tym przypadku tak nie jest, ponieważ opanowywane technologie mogą znaleźć jedynie ograniczone zastosowanie w produkcji przedsiębiorstwa. Wynika to z następujących faktów:

a)  stosowania  wymienionych materiałów w samolotach tej klasy, które produkuje nasza wytwórnia jest  słabo uzasadnione ekonomicznie,

b)      racjonalne stosowanie każdego materiału wymaga znajomości jego własności wytrzymałościowych, technologicznych i eksploatacyjnych, a tego nie zapewnia otrzymana dokumentacja,

c)       polski przemysł prawdopodobnie przez najbliższe lata nie będzie produkował tych materiałów, co niepotrzebnie uzależni nas od importu.

Reasumując, ponoszenie nakładów na zakup nowych maszyn i urządzeń w tym ze strefy dolarowej za około l milion i ponoszenie nieuniknionych strat związanych z niedostateczną jakością produkcji w początkowym okresie jest nieuzasadnione.

5. Umowa została podpisana przez Piotra Jaroszewicza wbrew opiniom zainteresowanych zakładów, w tym naszego. Zastanawiające jest dlaczego obecnie z uporem lansowana jest przez naszą dyrekcję. Odnosi się wrażenie, że nasza dyrekcja nie wierzy w reformę gospodarczą i nadal rozumuje kategoriami planu wartościowego a nie zysku. Przedsiębiorstwo nie ma nadal programu produkcyjnego samolotów i działa na zasadzie zapychania dziur, czego wymownym przykładem jest fakt, że jedyny sprzedawany samolot opracowany w minionym dziesięcioleciu powstał właściwie w podziemiu. Jeżeli podjęte działania nie doprowadzą do zabezpieczenia w sposób należyty interesów naszego przedsiębiorstwa, uważamy za konieczne przerwanie wdrażania programu produkcji samolotu An-28.

W przypadku zaniechania prac przy produkcji samolotu An-28 nie staniemy przed perspektywą załamania się produkcji samolotów. Istnieją bowiem perspektywy rozwoju produkcji rodziny samolotów na bazie M-18, samolotów dyspozycyjnych na bazie M-20, trwają prace nad samolotem W-300, nie mówiąc o produkcji zmodyfikowanego TS-11 oraz An-2 z poprawioną aparaturą rolniczą samolotu. Koniec cytatu.

Trzy dni po publikacji powyższych tematów 13 grudnia 1981 ogłoszony został Stan Wojenny i tym sposobem temat został zakończony. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że większość umów w Polsce podpisywanych ze Związkiem Radzieckim podpisywana była jednostronnie na takich zasadach jak podpisana powyżej przez premiera Piotra Jaroszewicza, to mamy pełny obraz powstałego w Polsce kryzysu. Jak wiemy po przemianach ustrojowych 1989 roku będący wówczas na emeryturze premier Piotr Jaroszewicz został w swoim domu zamordowany wraz z żoną, a sprawcy mordu nie zostali schwytani. Nic wartościowego nie zniknęło, tylko pamiętniki, które były premier pisał. Można sobie bez trudu wyobrazić, że opublikowane pamiętniki byłego komunistycznego premiera rządu polskiego skompromituje wielu ludzi tamtejszej elity rządzącej. Dlatego musiał zginąć wraz z żoną, a pamiętniki musiały zniknąć. Jednocześnie morderstwo było przestrogą dla innych, aby nikt nie odważył się iść jego śladem.

Warto pamiętać, że oddający władzę w 1989 roku mieli wystarczający czas na stworzenie mafijnych struktur w chodzących do podziemia. Przygotowywali się do tego już od czasu Stanu Wojennego 1981 roku. Łatwo sobie wyobrazić, że trwają one po dziś dzień, a sterowane przez zagraniczne służby specjalne, są niezwykle groźne dla naszego bezpieczeństwa. Niezmiernie trudne jest ich wykrycie, a każdy ślad prowadzący do ujawnienia jest natychmiast likwidowany. Przykładem może być okryta tajemnicą śmierć generała Papały.  

Po Stanie Wojennym 13.12. 1981 opozycja solidarnościowa została zniszczona i nic nie stało na przeszkodzie prac nad samolotem AN-28.

Był to lekki samolot pasażerski, posiadał 2 osoby załogi i mógł zabrać na pokład 17 pasażerów. Posiadał krótki start i lądowanie, miał dwa silniki turbośmigłowe TWD-10. Odmianą licencyjnego silnika był wyprodukowany w WSK Rzeszów silnik PZL‑10S. Samolot oblatany został w Mielcu 22 lipca 1984 roku przez polską załogę pilota doświadczalnego inż. Tadeusza Pakułę i mech. pokł. Zygmunta Łapę oraz załogę radziecką pilota Władimira Tierskij i Walery Marajewa. Z zamówionych przez Związek Radziecki 1200 egzemplarzy wyprodukowano jedynie 180 sztuk ze względu na anulowanie zamówienia pod koniec lat 80-tych.

Samolot Bryza
            W późniejszym okresie po modyfikacjach z samolotu AN-28 powstała Bryza. Był to samolot z zastosowaniem w lotnictwie morskim o nazwie M28B „Bryza” służącym do patrolowania obszarów morskich, monitorowania zanieczyszczeń, patrolowania linii brzegowej oraz kontroli ruchu statków i mniejszych jednostek pływających. Opracowany i produkowany od 1994 roku. Konstruktorem był mgr inż. Tomasz Oleksiak. Wyprodukowano kilka innych wersji jak Bryza-1, Bryza‑2RF i Bryza-1R dla różnych zastosowań. 

Samolot Skytruck

            Kolejnym pochodnym od AN‑28 samolotem był M-28 Skytruck. Został opracowany w PZL Mielec, a jego konstruktorem był mgr inż. Andrzej Warzocha. W związku ze zmianą geopolityczną w latach 90‑tych Rosja odwołała zamówienia na samolot AN-28. Ponieważ zaszła konieczność wyjścia na rynki zachodnie, a radzieckie silniki TWD‑10 budziły obawy, przystąpiono do zaprojektowania nowej wersji samolotu z użyciem 2 silników turbośmigłowych Pratt & Whitney PT6A-65B. Oblotu dokonali piloci Henryk Bronowicki i Tadeusz Franaszczuk 27 lipca 1993 roku. Produkowano wersję pasażerską 18 miejsc, towarowo pasażerską, pasażerską dla VIP-ów 8 miejsc, sanitarną i desantową. Samolot został wyposażony w urządzenia pozwalające na wykonywanie lotów z widocznością i bez widoczności ziemi i został nazwany pod własną nazwą M-28 Skytruck, a przeznaczony do działań morskich Bryza. Uzyskano certyfikację na Zachodzie i samolot stał się hitem eksportowym. Wystartowano w przetargu na 6 samolotów w Wenezueli i wygrano przetarg. Na przeszkodzie stanął wówczas kijowski Antonow, będący właścicielem licencji. Wenezuela unieważniła przetarg, a Antonow zażądał za przekazanie licencji 18,5 mln dolarów. Mielec nie miał takich pieniędzy.

            W takim momencie pojawiła się w Mielcu spółka Grand Limited, a jej właściciel Józef Gaj przedstawił propozycję rozwiązania zagadnienia z Antonowem przez zajęcie się sprawą, za co zażądał 30% od różnicy między kwotą wynegocjowaną, a żądaną przez Antonowa. Właściciel Grand Limited zarobił sporo pieniędzy handlując po rozpadzie Związku Radzieckiego kurtkami, a także miał ponad 15 ml. Dolarów należnych mu na Ukrainie. Miał plan za te i inne zobowiązania dogadać się z Antonowem i wykupić licencję na samolot M-28. Ówczesny prezes WSK Mielec i przewodniczący Rady nadzorczej Wiesław Pastuła mający zaufanie Solidarności i Załogi nie widząc innego wyjścia przed zgubą Zakładu podpisał umowę z Grand Limited. Do spółki, której właścicielem był Józef Gaj należał także jego brat Andrzej oraz Piotr Mikołajewski. Już w styczniu 1996 roku spółka miała w rękach dokument podpisany z Antonowem na mocy którego licencja AN-28 przechodziła na własność WSK Mielec po zapłaceniu na rzecz Antonowa jedynie 1,6 miliona dolarów. Nawet ta spłata została wynegocjowana i Mielec miał jedynie do spłacenia Grand Limited 5,4 miliona dolarów rozłożonych na raty. Mógł sprzedawać AN-28 na całym świecie po nazwą Skytruck nie płacąc Antonowowi prowizji. Mielec wychodził na prostą. Mógł ponownie zawrzeć umowę z Wenezuelą na 6 Skytrucków, co pozwalało podtrzymać produkcję lotniczą dofinansowując pozostałe produkty i zapewniając załodze pracę.

            Jednak w 1997 roku wkroczyli do WSK w Mielcu kontrole NIK, a w jej efekcie uznano za dokumenty umowy za sfałszowane mające skarb państwa na milionowe straty, w wyniku czego właściciele Grand Limited powędrowali za kratki. W stan oskarżenia zostało postawionych 15 osób i spisano 140 tomów akt. W efekcie Andrzej Gaj popełnił w więzieniu samobójstwo, jednak uratowano go. Po wyjściu z więzienia pod wpływem załamania nerwowego popełnił ponownie samobójstwo, tym razem skutecznie. Nie udało się go uratować. Śledztwo pod nadzorem prokuratora Myrdy prowadzone było w Tarnobrzegu i trwało 17 lat. Ostatecznie sąd apelacyjny w Rzeszowie uznał, że Grand Limited nie dokonał oszustwa, a wyniku podpisanej umowy z Antonowem skarb państwa mógł zyskać 135 milionów złotych. We wrześniu 2015 roku uniewinniono oskarżonych.

            Dzisiaj znamy efekt działań nie tylko zaniechania produkcji samolotu Iryda, ale również rozpętania przeciwko przemysłowi lotniczemu afery korupcyjnej. Zapytany zwolniony od zarzutów Józef Gaj, kto za tym stał? Odpowiedział – ci co skorzystali. Nic ująć, nic dodać. Na tym powyższy temat zakończyłem.

            Obecnie pragnę jeszcze do powyższego dodać, że w artykule pt. ''Przekręt stulecia w Mielcu'' Tomasz Hypki, wydawca m.in. ''Skrzydlatej Polski'' dowodził, że transakcja z Amerykanami została przygotowana dużo wcześniej zgodnie z ich interesem.

            Moja teza jest prosta - mówi Tomasz Hypki. - Polscy politycy i urzędnicy nie wyegzekwowali umowy offsetowej związanej z zakupem samolotów F-16, przewidującej sprzedaż 100 M-28 Skytrucków i 100 Dromaderów. Gdyby Amerykanie wywiązali się z niej, Mielec zarabiałby 350 mln zł rocznie i dobrze sobie radził. Amerykanie jednak zamiast szukać nowych klientów zablokowali wcześniej wynegocjowany eksport 10 M-28 za 75 mln USD do Indonezji, publikując nieprawdziwe informacje o sprzedaniu podobnej partii samolotów Malezji za... 30 mln USD - napisał w artykule marcowym 2007 roku Tomasz Hypki.

Teofil Lenartowicz
Wrocław, dnia 6 listopada 2016

18 maja 2020

Teofil lenartowicz cz. 14 Moje życie i samolot - "Potęga internetu"

Teofil, mój lotniczy przyjacielu, serdecznie Ci                 

dziękuję za wyrażenie zgody na udostępnianie
cyklicznie Twoich jakże wspaniałych tekstów 
publikowanych na Twoim blogu -
Moje życie i samolot na moim portalu. 
Tak nawiązana współpraca z pewnością 
pozwoli  na szersze i skuteczne dotarcie do 
naszych odbiorców. Łączę lotnicze 
pozdrowienia
Jasiu M.

Moje zdjęcie


piątek, 23 października 2015


Potęga Internetu


O potędze Internetu i okupacyjnej przeszłości

            Wielu z nas nie zdaje sobie sprawy jakiego ogromnego przewrotu w dziedzinie komunikacji dokonał Internet. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu w wielu wioskach oddalonych od większych skupisk ludzkich nie było ani jednego telefonu. W miastach tylko nieliczni mieli telefony, a pozostali na poczcie godzinami czekali na połączenie często bezskutecznie. Dzisiaj w dobie Internetu mogę rozmawiać z każdym i każdym zakątku świata, nawet widząc rozmówcę. Mogę też kilku kliknięciami w komputerze wysłać teks, który natychmiast obleci cały świat i będzie dostępny wszystkim. Wielu przeważnie starszych osób nie docenia potęgi Internetu, a ja doceniłem ją w pełni dopiero wówczas, kiedy na swoim blogu wszedłem w statystykę. Ogarnęło mnie zdumienie, bo tylko w październiku dokonano 1670 wejść w wielu krajach, nawet na krańcu świata, a miesiąc październik jeszcze się nie skończył i owe liczby zapewne wzrosną.
Polska
1336
Rosja
82
Stany Zjednoczone
81
Niemcy
61
Francja
36
Wielka Brytania
25
Portugalia
18
Czechy
13
Jersey
10
Włochy
8
 

Zostałem kiedyś zapytany, czy można żyć bez komputera i Internetu, potwierdziłem że można. Życie człowieka nie zależy bowiem od narzędzi jakimi się posługuje, lecz od innych wartości. Narzędzia jednak w tak ogromnym stopniu przyczyniają się  do rozwoju cywilizacji, że człowiek bez nich nie byłby tym czym jest. Tak jest z komputerem i Internetem. W dzisiejszym świecie wielu młodych ludzi nie potrafiłoby funkcjonować bez takich narzędzi jakimi są komputer i Internet.

            Jeszcze nie tak dawno, nie można było się przebić z publikacją do prasy, aby jakiś temat ważny społecznie opublikować w prasie. Nie jest moim celem rozważanie co decydowało, czy działała swoista cenzura, humor wydawcy, czy coś zupełnie innego. Pragnę jedynie dowieść, jak wiele dzięki komputeryzacji i Internetowi zmieniło się w zakresie dotarcia do najdalszych rzesz odbiorców.

            Z okazji dobroczynnego dzieła Internetu, pragnę dzisiaj przedstawić temat, który nie dostał się na łamy prasy w mieleckim środowisku. Dotyczy on żołnierza wyklętego Aleksandra Rusina ps. „Olek”. Osądźmy sami, czy był to warty publikacji temat. Cytuję poniżej skrócony nieco temat.

            Jeśli poruszamy sprawę bohaterów, to chciałbym abyśmy się zastanowili, co takiego dzieje się w naszym społeczeństwie, że nie potrafimy ich obronić przed szkalowaniem. Potrafimy wręczać medale, odznaczenia, ale nie potrafimy stanąć w ich obronie, jeśli obrażany jest ich honor. Może nie wszyscy wiedzą, że Rusin ps. „Olek” swą 17-letnią walką w konspiracji przysporzył sobie wielu wrogów. Są nimi ci którzy donosili na niego do Niemców, a później przez wiele lat do UB, ci którzy na goły tyłek dostali od niego za współpracę z UB, nawet ci którym uratował życie nie wydając w ręce wydających na nich wyrok. Ludzie ci po prostu nie mogą mu wybaczyć, że on  przeżył i stał się żywym świadectwem ich niechlubnych działań. To właśnie tacy ludzie i ich rodziny w własnym środowisku rozpowszechniają oskarżycielskie plotki, że „Olek” prowadził bandycką działalność. Chcą w ten sposób zatuszować niecne czyny swoich przodków. Sprawa jest o tyle poważniejsza, że nie były to tylko plotki, ale wręcz protestacyjna działalność w momencie, kiedy honorowano „Olka” za zasługi. Z protestem przyszli ludzie za wychwalanie w przemówieniu zasług „Olka”. Wytworzono w środowisku atmosferę wrogą „Olkowi”, aby nie dopuścić do jego pośmiertnego uhonorowania na obelisku w Przecławiu. Władze urzędu gminy dla świętego spokoju, aby uniknąć protestów, wolały umieścić na obelisku nic nie mówiący anonimowy tekst, niż uhonorować „Olka”.

            Zastanawiam się, czy działalność tych ludzi nie doprowadza do tego, że ówcześni historycy, lub pseudo historycy marginalizują działalność „Olka” do tego stopnia, że w nowo wydanych publikacjach odnajduję jedynie śladowe wzmianki o „Olku”, a co najbardziej oburza, to fakt robienia w tych publikacjach bohaterów właśnie z osób, którzy na to nie zasługują. Czy mnie człowiekowi pamiętającemu tamte czasy nie może się otwierać scyzoryk w kieszeni? Kiedy zaapelowałem do „Olka” organizacji kombatanckiej, do Zarządu Głównego ŚZŻAK, Kapituły Orderu Virtuti Militari i do posła, o wystąpienie na łamach prasy, w jego obronie, wszyscy nabrali wody w usta. Prezes organizacji kombatanckiej ograniczył się do listu do mnie, pozostali nie zajęli odpowiedniego stanowiska, aby zobligować podległe im organizacje do zajęcia się sprawą. Usłyszałem jedynie pochwały pod swoim adresem.  Milczeniem skwitowali sprawę historycy, władze samorządowe  i pozostałe mieleckie organizacje. Pod swoim adresem usłyszałem pogróżki, w prasie ukazał się list wnuka donosiciela na ”Olka”, zarzucający mu bandytyzm, o mnie rozpowszechniono opinię, że szkaluję Przecław, a z ust przedstawiciela prasy usłyszałem niekorzystny dla siebie zarzut. „Olek” tak się niesprawiedliwością przejął, że wkrótce po tym zmarł. Jeszcze przed samą śmiercią rozmawiałem z nim. Był kompletnie załamany. Zadaję pytanie, czy tak powinno zachować się społeczeństwo w stosunku do człowieka będącego bohaterem tej Ziemi? Czy w obronie jego godności i honoru ma dbać jedynie jego rodzina? Koniec cytatu.

            Żyję na tym świecie już 88 lat i pamiętam działalność „Olka”. Przypominam sobie jaka ogarniała ludzi apatia na wiadomości o zwycięstwach Niemców i widoków startujących rakiet V z Blizny. Świadczyły one o potędze Niemiec, co osłabiało nadzieję na wyzwolenie. Ale przypominam sobie także, jak wracała w serca nadzieja, gdy dowiadywaliśmy się o partyzanckich czynach oddziału „Olka”. Nie były to początkowo duże sukcesy, jednak mówiły że są ludzie którzy walczą mimo wszystko z Niemcami. Kiedy żołnierze „Olka” rozbroili niemieckiego żołnierza i zabrali mu motocykl, cieszyliśmy się. Kiedy w mleczarni zniszczyli urządzenia mleczarskie, to mogłem przez kilka dni napić się mleka, którego nie mieliśmy, bo musieliśmy oddać na kontyngent Niemcom. Cieszyliśmy się, chociaż tych uciech pod butem okupanta było tak niewiele. Trudy okupacyjnego życia potwierdza zamieszczony dokument o karze jaką otrzymał mój ojciec za niedostarczanie Niemcom mleka, którego nie mieliśmy, bo nasza krówka się nie doiła. Musieliśmy kupować mleko u sąsiadów i oddawać.



            Nie mam zamiaru prowadzić polemiki, na temat wyważania zasług „Olka”, bo każdy może mieć na sprawę bohaterstwa inny pogląd. Bohaterstwa nie da się zmierzyć, ani zważyć, ono po prostu w człowieku jest. Moim zdaniem na Ziemi Mieleckiej „Olek” Aleksander Rusin, obok innych bohaterów powinien być należycie upamiętniony. Uważam tak dlatego, że znam jego zasługi nie tylko z historii, ale pamiętam je z czasów i miejsca, kiedy się odbywały. Mogę do tego dodać, wiele spędzonego z nim czasu na rozmowach, o wielu tematach. Nie będę tu wyjaśniał jego zasług, chociaż nie wszystkim są znane, a do tego zeszło by sporo czasu, aby je opisać. Jedną z cech określającą jego wielkość, jest to, że był prostym, uczciwym człowiekiem, działającym niemal instynktownie w warunkach zagrożenia.        

            Pomimo ubiegającego czasu, sprawa stosunku do „Olka” niewiele się zmieniła. W prawdzie z okazji wydobycia dużej części rakiety V-2 w rejonie Blizny i dzięki jego informacji przekazanej rodzinie znowu o nim usłyszeliśmy, ale na tym się skończyło. Moim zdaniem tacy zasłużeni Żołnierze Wyklęci jak on i jego żona Maria powinni mieć priorytet w upamiętnianiu ich zasług. Jeśli nie zdobyliśmy się na odwagę walczyć o ich cześć przez 26 lat wolnej po transformacji ustrojowej Polski, to przynajmniej obecnie zrekompensujmy owe zaniedbanie. W dzisiejszej dobie, kiedy rozbudowujemy Polskę i powstają nowe obwodnice miast, nowe ronda, ulice i wiele innych obiektów, nadajemy im nazwy tych bohaterów.

            Apeluję do samorządów, aby z tej okazji pamiętali o zasługach bohaterów Ziemi Mieleckiej.  Nadając ich imieniem nazwy rond, ulic i obwodnic upamiętnimy ich czyny. Tacy ludzie jak „Olek”, jego żona Maria, Władysław Jasiński ps. „Jędruś”, czy Wojciech Lis zasługują na to. Zasługują na pamięć zamordowani za zdobywanie tajemnic rakiet V także Józef Bułaś, Józef Świder i Józef Wałek.

            Postarajmy się także zdobyć na to, aby dawać właściwy odpór tendencjom godzącym w cześć bohaterom ziemi, z której się wywodzą. Jednym z takich działań będzie upamiętnienie ich nazwisk na rynku w Przecławiu. Na obronę ich czci argumentów nam nie brakuje, więc zróbmy to. Nie zwlekajmy. Jesteśmy im to winni tym bardziej, że za ich życia nie otrzymali należytego uznania.
Teofil Lenartowicz
Wrocław, dnia 23 październik 2015

17 maja 2020

Teofil lenartowicz cz. 13 Moje życie i samolot - "Listopadowe wydarzenia"

Teofil, mój lotniczy przyjacielu, serdecznie Ci                 

dziękuję za wyrażenie zgody na udostępnianie
cyklicznie Twoich jakże wspaniałych tekstów 
publikowanych na Twoim blogu -
Moje życie i samolot na moim portalu. 
Tak nawiązana współpraca z pewnością 
pozwoli  na szersze i skuteczne dotarcie do 
naszych odbiorców. Łączę lotnicze 
pozdrowienia
Jasiu M.

Moje zdjęcie



piątek, 22 listopada 2013


Listopadowe wydarzenia

            Listopadowe wydarzenia to spotkanie w klubie lotników „Loteczka” i w Śląskim Towarzystwie Genealogicznym, oraz kilka innych wydarzeń, które poniżej prezentuję.

            Spotkanie w klubie „Loteczka” odbyte 12 listopada rozpoczęło się mszą świętą za zmarłych lotników. Msza odbyła się na Gądowie, a odprawił ją ks. Prałat Czesław Majda, natomiast Ojciec Dominik wygłosił ciekawe kazanie poświęcone nie tylko zmarłym lotnikom, ale nawiązał do święta Niepodległości 11 Listopada. Po mszy starym zwyczajem zrobiliśmy zdjęcie poniżej przedstawione.


            Godzinę później spotkaliśmy się w „Orlim Gnieździe”, gdzie sekretarz Heniu Kucharski, wraz z pomagającą mu żoną, wydawał członkom nowe legitymacje. Pragnę w tym miejscu podkreślić, że legitymację z numerem jeden otrzymał pilot Stanisław Błasiak jako pomysłodawca i twórca Klubu. Wiceprezes Edward Sobczak zaproponował na następnym spotkaniu wystąpienie Władysława Czapskiego, który jako dziecko wywiezione na Syberię przebył drogę wyjścia z Armią Andersa ze Związku Radzieckiego do Iranu w 1942 roku. Uczestnicy poparli propozycję. Poniżej kilka zdjęć z "Loteczki"

            Spotkanie uświetniło wystąpienie Romana Szmita, który zaproponował złożyć napis na szalu podarowanym mu przez dziewczynę z Nepalu za drobną przysługę. Szal z napisami przekazał Sebastianowi Kawie, a ten wziął go na swoją wyprawę przelotu szybowcem nad najwyższym szczytem świata Mont Everestem. Sebastian z szybowcem znajduje się już na miejscu i ostatecznie przygotowuje się do swego przełomowego lotu. Szmit zaczął zbierać na nim podpisy dzieci ze starej kliniki na ul. Bujwida we Wrocławiu. W tej klinice przebywają dzieci chore na raka. Podopieczni tego szpitala czekają na otwarcie Przylądka Nadziei, nowoczesnej kliniki dla chorych na nowotwór, która zastąpi dotychczasową placówkę. Szmit postanowił pomóc. Usłyszał, że Sebastian wybiera się na lot szybowcem nad Himalajami, czyli i nad Nepalem. Pomyślał, że będzie to niesamowity symbol, ten szal wróci do swojej ojczyzny. Po locie nad Himalajami postanowił, że przeda go na akcji, a pieniądze przekaże na konto budowanego Przylądka Nadziei. Szal ze skarbonką został wystawiony na wrocławskim rynku właśnie w tym celu. Poniżej zdjęcia z szalem.
Na zdjęciu powyżej Sebastian Kawa z szalem, swoim ojcem Tomaszem i Romanem Szmitem, a poniżej Sebastian z ojcem i rozwiniętym szalem

 Powyżej Szmit w klubie "Loteczka" prezentuje szal przyglądającemu się Czapskiemu, a poniżej Szmit i Edward Sobczak pokazują szal na którym dokonano wpisu od wszystkich członków "Loteczki"


           Poniżej Roman Szmit na wrocławskim rynku z szalem i skarbonką z zebranymi darami na klinikę Dobrej Nadziei
Nieco więcej uwagi pragnę poświęcić filmowi o pilotce Janinie Lewandowskiej zamordowanej w Katyniu jedynej kobiecie. Ta młoda drobna dziewczyna w latach 30-tych minionego wieku była pierwszą w Europie kobietą wykonującą skok spadochronowy z najwyższej dostępnej wówczas wysokości. Jest to ciekawa historia posiadająca swój dalszy ciąg po II Wojnie Światowej i swój finał w 2005 roku. Wyświetlony na wyświetlaczu film wzbudził zainteresowanie zebranych, a poniżej przedstawiam skrótowo historię jej krótkiego i tragicznie przerwanego w Katyniu życia. Była córką generała Dowbor-Muśnickiego naczelnego dowódcy zwycięskiego Powstania Wielkopolskiego. Kilka miesięcy przed wybuchem wojny wyszła za mąż za pilota instruktora Mieczysława Lewandowskiego, który podczas bitwy o Anglię walczył w 302 Poznańskim Dywizjonie Myśliwskim RAF. Janina Lewandowska po wybuchu wojny dostała się wraz innymi do niewoli sowieckiej, a następnie zamordowana w lesie katyńskim. Jak wiadomo w 1943 roku Niemcy odkryli masowe groby w Katyniu i odbyła się ekshumacja pomordowanych, gdyż Niemcy mieli okazję własne zbrodnie przykryć sowieckimi. W tym celu powołano międzynarodową komisję w skład której został powołany na świadka Polak Józef Mackiewicz. Całością ekshumacji kierował niemiecki antropolog profesor Gerhard Buhtz. Niemcy odkrywszy ciało jedynej zamordowanej kobiety ukryli ten fakt, gdyż nie pasował im do przedstawionej przez nich wersji. Jednakże zaintrygowany tym faktem Buhtz nakazał oddzielić czaszkę Lewandowskiej od reszty ciała i zabrał ją sobie jako eksponat wraz z sześcioma innymi czaszkami. Gerhard Buhtz był szefem ówczesnego zakładu Medycyny Sądowej w Breslau i tam właśnie zabrał owe czaszki. Niedługo później Buhtz zginął na froncie wschodnim, a czaszki doczekały się czasów, kiedy Breslau stał się Wrocławiem w PRL-u. Czaszki wraz z informacją ich pochodzenia odnalazł późniejszy kierownik Zakładu Medycyny Sądowej Wrocławskiej Akademii Medycznej profesor Bolesław Popielski. Znając wagę znaleziska postarał się je ukryć przed poszukiwaniami prowadzonymi przez NKWD, które poszukiwały jakichkolwiek śladów katyńskiego mordu we Wrocławiu. W czasie kiedy wypowiadane słowo Katyń było ciężkim przestępstwem, w poszukiwaniu śladów mordu katyńskiego uczestniczyło także UB spodziewając się, że Buhtz mógł zostawić w podległym mu zakładzie medycyny sądowej jakieś ślady. Przez całe lata udawało się ukryć tajemnicę czaszek, a następnym powiernikiem tajemnicy stał się profesor Bolesław Jagielski, który na łożu śmierci przekazał tajemnicę swym zastępcom prosząc, aby w odpowiednim politycznym klimacie ujawnili narodowi tajemnicę czaszek. Tak też się stało, bo doktorzy Tadeusz Dobosz i Jerzy Kawęcki wypełniając tajemnicę profesora ujawnili w 2003 roku na łamach Tygodnika Powszechnego owe czaszki i tajemnicę w nich zawartą. Udowodniono naukowo, że czaszki należą do polskich oficerów zamordowanych w 1940 roku w Katyniu. Badania czaszki Janiny Lewandowskiej trwały dłużej i dopiero metodą superprojekcji i techniki komputerowej wykazano, że jest to jej czaszka. Finałem owianej tajemnicy był pogrzeb 4 listopada 2005 roku, kiedy szczątki porucznik pilot Janiny Lewandowskiej spoczęły w rodzinnym grobowcu w Lusowie, pięknym zakątku nad jeziorem z pałacem i muzeum historii Powstania Wielkopolskiego.
            Dla mnie pamiętającego okupacyjne czasy, owa historia przypomniała przeszukiwanie przez rodziców list katyńskich publikowanych przez Niemców w gadzinówce Kurier Polski. Ojciec spodziewał się znaleźć na liście katyńskiej swego brata policjanta Henryka Lenartowicza, którego Sowieci pojmali w Berezne  nad Słuczem w 1939 roku. Na szczęście nie było go na liście katyńskiej. Został zesłany do lagru o najwyższym rygorze w Buchta Nachodka obok Władywostoku. Z armią Andersa wydostał się ze Związku Radzieckiego i zginął w Iraku, gdzie pochowany został na cmentarzu w Kanakhin. Pozostał po nim pamiętnik,  który wiele lat po wojnie odzyskałem, zrobiłem do niego odpowiednie opracowanie i opublikowałem. Tyle o Katyniu.

            Następnym listopadowym wydarzeniem było spotkanie w Śląskim Towarzystwie Genealogicznym w czwartek 14 listopada. Tematem było przyjęcie 2 nowych członków, oraz wystąpienie Andrzeja Szczudła w którym omówił sprawę organizacji rodzinnych zjazdów genealogicznych. Właśnie organizuje taki zjazd i chciałby, aby był idealnie zorganizowany pod każdym względem. W tym celu po omówieniu jak zamierza go zorganizować poprosił o uwagi, tych którzy organizowali zjazdy i mających wskazówki na co należy położyć najwięcej uwagi, aby zjazd stał się udany. Posypało się dużo uwag i wskazówek. Większość opowiadała się za robieniem zjazdu latem, jednak nie w miesiącach wakacyjnych. Osobiście wydaje mi się, że zależy to od środowiska w jakim zjazd się znajduje. Powinno się robić zjazdy w miejscach gdzie istnieją genealogiczne korzenie rodzinne, rozpoczynać mszą świętą, prezentować wykresy genealogiczne, odwiedzać zmarłych członków rodziny na cmentarzach, wygłaszać ciekawsze wspomnienia itd. Poniżej przedstawiam kilka fotek z tego ciekawego spotkania.








           
 Wydarzeniem bardzo przykrym stała się śmierć w wypadku lotniczym znanego mieleckiego pilota doświadczalnego majora Bogusława Mrozka lat 55. W niedzielę 17 listopada na lotnisku w Turbi obok Stalowej Woli oblatywał szybowiec Bekas-N, który po wystartowaniu z wysokości kilkunastu metrów spadł roztrzaskując się w kawałki. Wczoraj 21 listopada odbył się w Mielcu pogrzeb tego wspaniałego pilota i człowieka. Miałem okazję poznać Bodzia, bo tak go zwano. Jego uczynność przekraczała granice. Na zjeździe pilotów doświadczalnych w Świdniku woził mnie niepełnosprawnego ruchowo swoim samochodem poświęcając własne cele. Jego uczynność była wręcz zaskakująca. Żal serce ściska, kiedy odchodzą tacy ludzie.

 Powyżej zdjęcie Majora Bogusława Mrozka wojskowego emerytowanego pilota 21PW w Mielcu.


Teofil Lenartowicz

Wrocław, dnia 22 listopad 2013