16 września 2011

STRONA OSOBISTA JASIA MIKOŁAJCZYKA STRONA NR 3 - ''DZIADEK''




''DZIADEK''

Początek interesu z DZIADKIEM, zaczął się od dowożeniu towaru dla trzech właścicielek warzywniaków we Wrocławiu tj. na ul. Krasińskiego, ul. Stawowej i ul . Stalowowolskiej. Zaproponowałem im współpracę, znały mnie z placu targowego na Kromera we Wrocławiu, gdzie już od 13-go roku życia robiłem małe biznesiki , zarabiając na swoje utrzymanie. Znał mnie przecież cały plac jako małego Jasia. Dogadałem się z nimi że przed szkołą będę im dowoził towar do ich warzywniaków własnym samochodem. Płacone miałem od przewiezionej skrzynki. Wstawałem o 4 rano jechałem swoim (jak zrobiłem prawo jazdy i zarobiłem na mój pierwszy samochód typu stara Warszawa, opiszę oddzielnie) po każdą z nich z osobna jadąc po zakupy na plac i zawożąc zaopatrzenie do warzywnika, tak abym jeszcze mógł zdążyć do szkoły. Samochód stawiałem kilka ulic dalej dla pełnej konspiracji. Rozliczaliśmy się codziennie od sztuk przewiezionych skrzynek tzw. jedynek (duża drewniana wysoka). Tylna kanapa samochodu była wymontowana. Robota była bardzo odpowiedzialna, przecież trzeba było zabezpieczyć ciągłość zaopatrzenia. Nigdy ich nie zawiodłem, trwało to przez cały okres trwania nauki w technikum..

Uzgodniłem z nimi, że ja będę się tym zajmował w okresie jesienno – zimowym, a w okresie letnim z uwagi na moje latanie dam im zastępstwo. Po krótkim okresie czasu doszły do wniosku , że nie będą, ze mną jeździły na plac tylko dadzą mi kasę i listę zakupów. To nowe ustawienia roboty było dla mnie bardzo korzystne bo nie marnowałem czasu , żeby się umawiać i po nie jechać. Były spokojne, że przywiozę zawsze dobry towar i w dobrej cenie. Cały plac wiedział, że jeżdżę dla nich.
Wszystko się wspaniale kręciło, ''kasiorka'' codziennie wpływała. Brat – mechanik, dbał, żeby samochód nawet w największe mrozy zawsze odpalił. Stać mnie było zapłacić chłopakom, żeby go wymyli, wyczyścili ten syf na weekend, jaki się zbierał od transportu warzywnego, bo z dziewczynami i kumplami jeździliśmy na dyskoteki. Objęłem przywództwo na Parafii ,miałem pieniądze, samochód i jeszcze na dodatek byłem pilotem. Ze mną zaczęli się liczyć nawet największe ''zakapiory''. Wrocław wtedy był podzielony na tzw. strefy wpływów ja byłem z ''Parafii Worcella''. Pieniądze które taką ciężką pracą przychodziły, bardzo łatwo się rozchodziły, wpadłem w okres montowania Parafii, a tu trzeba było finansować niektóre sprawy żeby ''rządzić'' we Wrocławiu. O tym może innym razem. Wracając do biznesu, po jakiś dwóch miesiącach zaproponowałem im, nowy układ, żeby się złożyły na samochód Warszawa w wersji pikap, to pozwoli ,że za jednym wyjazdem przywiozę im towar naraz dla wszystkich trzech. Rozliczenie w związku z tym zrobimy korzystniejsze dla nich, ja zejdę z ceny za skrzynkę, pod warunkiem ,że po ich obsłużeniu w zaopatrzenie samochód będę miał do wyłącznej dyspozycji. Pogadały między sobą, że to wcale nie jest zły pomysł, będą właścicielkami samochodu, towar będzie szybciej i na czas, opłaty za transport będą mniejsze, eksploatacja cała łącznie z naprawami na mojej głowie w końcu babki co jak co, ale pieniądze to one umieją liczyć. Decyzja , Jasiu szukaj samochodu. Mówię ,że już nie muszę, bo mam upatrzony. W mieszkaniu jednej z nich spotkaliśmy się na spisanie umowy zakupu samochodu, gdzie stroną była jedna z babek. Pieniądze w gotówce wyłożyły na stół, coś tam jeszcze utargowały na cenie, dostałem kluczyki i dowód rejestracyjny, Miałem więc do dyspozycji samochód ,który mi stwarzał możliwości większego zarobku.

Nie ma jak to robić interesy obracając pieniędzmi innych ...

Pikapa dałem do warsztatu brata, aby go dobrze przeglądnął i zrobił wszystko co konieczne, żebym nie miał z nim problemu. Od tego momentu już tak ciężko nie pracowałem, zarabiałem przynajmniej podwójnie. Potrafiłem w jednym dniu zarobić więcej niż mój tata przez cały miesiąc. Ten mój drugi samochód służył mi już tylko do „szpanu: W tygodniu nie miałem nim czasu jeździć bo od rana do wieczora zarabiałem na tym pikapie. Mając samochód już przylgnąłem do dziadka widzą różnorakie pomysły na zarabianie już dużych pieniędzy.

tu miałem 16 lat

Dziadek,

który na pl. Kromera siedział od początku jego istnienia. Plac targowy to było jego całe życie. Bardzo się polubiliśmy, miał taki biznesik handlował oponami do ciężarówek. Miał t kanciapę metalową nawet sporą i całe dnie siedział sobie na swoim foteliku na powietrzu podparty laseczką. Bardzo tam z nim lubiłem przebywać, wtedy kiedy nie nie miałem jeszcze samochodu. Przypadliśmy sobie szybko do gustu, on miał wielkie poszanowanie wśród kupców. I szybko zaczęliśmy robić interesy. Mnie potrzebny był ktoś kto na placu mógł ''urzędować'' na okrągło.. Współpraca polegała na tym, że ja miałem znakomite rozeznanie we wszystkim co się na placu dzieje, żadna nowa sytuacja nie mogła umknąć mojej uwadze. Wyszukiwałem więc np; kupców z okolic Wrocławia którzy oferowali towar do sprzedaży, żeby to zrobić musieli bardzo wcześnie wstać i cały dzień siedzieć na placu i handlować, często z marnym skutkiem. Otóż mój pomysł był prosty, zresztą takie są zawsze najlepsze w realizacji. Obszedłem cały plac po selekcji handlowców zaprosiłem ich do dziadka na obgadanie interesu. Na pierwsze ''zebranie'' u Dziadka, zaprosiłem producentów w ilości pięciu osób, było to w okresie wczesnej wiosny ,kiedy ukazują się na rynku nowalijki, byli to producenci szczypioru, rzodkiewek, sałaty, pomidorów i cebuli. Mówię do nich tak: Panie i Panowie znacie mnie jako małego Jasia i Dziadka też znacie. Mam dla Was propozycje,zamiast marnować czas , ja będę po towar do Was przyjeżdżał wcześnie rano z kasą i płacił od ręki (już na to mnie było stać spokojnie), towar ma być najlepszej jakości i pierwsze świeżości, przywożę go do Dziadka, on ty na miejscu będzie go sprzedawał przez cały dzień, jak trzeba będzie to będę robił kursy po południu. Będziemy się umawiać na bieżąco. Każdemu ta propozycja pasowała zacząłem po towar wyjeżdżać już nazajutrz o 3 w nocy, żeby zrobić kilka kursów, zrzucić towar Dziadkowi, zdążyć jeszcze „obskoczyć te moje trzy babki i pojechać do szkoły. Po lekcjach zaraz do Dziadka. Miał wolną rękę w ustalaniu cen , miałem do niego pełne zaufanie, towar świetnie schodził, bo był świeży zawsze przed przyjazdem „badylarzy”. Dziadek mimo,że był ślepawy, siedział na swoim foteliku, nie potrzebował, nikogo do pomocy. Nikt nie odważyłby się go oszukać. Dziadek nawet nie musiał wstawać tylko sobie siedział oparty o laseczkę. Uzgadniał co za ile kasował i wydawał zgodę na pobranie towaru. Wszystkie opakowania na wymianę były składane na osobnej kupie. To był taki zainicjowany początek naszego biznesu.
Rozszerzyłem ten biznes z dnia na dzień na dużo większą skalę. Dogadywałem się poważnymi producentami. Warunki były takie same, super towar i świeży, cena musiała być niższa niż u innych na placu, towar dostarczają w ten sposób , aby był w ciągłej sprzedaży, własnym transportem. Korzyść maja taką że nie marnują czasu na sprzedaż tylko dostarczają i od razu maja kasę z góry płatne gotówką u Dziadka. Każdemu więc zależało żeby biznes się kręcił nie było przypadku zawyżonej ceny, złej jakości towaru, bo taki numer można było zrobić tylko raz.
Dziadka wyposażyłem w duże plandeki na wypadek deszczu sam miał schronienie - była to jego kanciapa. Kiedy Dziadek szedł spać handel za niego robili najczęściej dostawcy jabłek z Grójca. Na placu zawsze stało kilka wozów z ciężarowych oni na pace też spali, klient zawsze mógł ich obudzić i kupić towar. Przypilnowanie sobie wzajemne towaru, było niepisanym prawem obowiązującym na placu.
Obroty dzienne już miałem większe niż duże sklepy spożywcze. Towar był moją własnością pozostało mi tylko rozliczyć się z Dziadkiem. Cały biznes prowadziłem bez najmniejszego zapisu. Gotówka krążyła bez żadnej, ale to żadnej ewidencji. Rozwiązanie zastosowałem proste.
Kupiłem Dziadkowi dwa różne woreczki na pieniądze na zasuwak w różnych kolorach łatwe do rozróżnienia ze wzgl. na jego słaby wzrok.
Pierwszym był na wkładanie kasy ze sprzedaży.
Drugim służył do przechowywania pieniędzy tego woreczka płacił za dostawy.

Jak w takiej sytuacji można mieć kontrole nad obrotem finansowym, nie prowadząc żadnej księgowości?

Oczywiście zawsze najlepsze rozwiązanie jest najprostsze. Opiszę to praktycznie jak to robiłem Codziennie przed jego zaśnięciem na ''kojku'' w kanciapie, podjeżdżałem do Dziadka, przeliczałem pierwszy woreczek do którego Dziadek wkładał dzienny utarg z tej kwoty 10 % odpalałem Dziadkowi, pozostałe 25 % procent był to mój zarobek. Do obrotu nie wpuszczaliśmy towaru poniżej 35 % marży. Dziadek nie miał najmniejszych z tym problemów przecież ustalał cenę zakupu i cenę sprzedaży. Przeliczałem kasę w drugim woreczku i oceniałem ile jej musi być, żeby starczyło na obsługę dostawców w dniu następnym, dbałem o to żeby, zawsze było z górką.

Na placu byłem już drugi po ''Bogu"...


tylko my dwoje i nikt więcej . On już po 80-ce, niedołężny, niedowidzący ja 16 letni chłopak jak zacząłem, warunkiem, tego było przecież posiadanie samochodu no i oczywiście prawa jazdy. ( jak zdobyłem te dwie rzeczy osobnym razem) Ja już to miałem. Obroty z tego co się zorientowałem mieliśmy większe niż największe sklepy spożywcze we Wrocławiu, nie mówiąc o zyskach, zero kosztów, wysoka marża wyniki fantastyczne, żadnych papierów, żadnych podatków - każdy lubił taki namacalny handel jak ciepła gotóweczka krążyła z rąk do rąk. 
Za nim z Dziadkiem wszedłem w ten biznes on w tej swojej kanciapie handlował oponami do samochodów ciężarowych, przed nią miał górę opon, zresztą cały czas nimi handlował do końca. Dostawcami byli wrocławscy wulkanizatorzy. Przywozili zregenerowane opony wszelkich typów i rozmiarów. Klientami jego byli właściciele ciężarówek, którym opony często pękały na skutek przeładowania. Tylko u Dziadka można było je kupić, miał szeroki asortyment i dobrą cenę. Uznawał wszelkie reklamacje od ręki.. Był ich deską ratunku. U Dziadka można było też zawsze kupić wódeczkę sprzedawaną na kieliszki, ciepłe smaczne pierogi, gołąbki itp. Te rarytasy donosiły mu pobliskie mieszkające babcie dorabiające do skromnych rent. Ponieważ zawsze był na miejscu zostawiano u niego różnorakie wiadomości, listy do przekazania itp.
Kiedy Dziadek szedł spać handel za niego robili najczęściej dostawcy jabłek z Grójca, rozliczali się nim z rana. Na placu zawsze stało ich kilka wozów ciężarowych oni na pace też spali. Klient zawsze każdego z nich mógł obudzić i kupić towar. Przypilnowanie sobie wzajemne towaru, było niepisanym prawem obowiązującym na placu Już wiele nas z Dziadkiem łączyło. Cały ten biznes rozkręciłem z nim na dużą skalę bez papierów.

tu miałem 17 lat

Biznes z Dziadkiem kwitł 2,5 roku, aż mu się zmarło. Dowiedziałem się o tym dopiero późnym wieczorem. Został odwieziony z placu, była po niego karetka i potem przyjechała karawana został zabrany, Na drugi dzień rzuciłem wszystko żeby ustalić, gdzie są jego zwłoki ,żeby zająć się jego dalszym losem. Mimo usilnych starań nic nie wskórałem. Może dlatego, że na początku rozmów byłem tak zdeterminowany żeby coś ustalić na początku za wszelkie informacje o nim oferowałem wysokie łapówki: w kostnicach, na pogotowiu, w zakładach pogrzebowych. Teraz wiem, że mój wygląd gówniarza w zestawieniu z łapówką był odbierany niepoważnie. Rozmowy zaraz były ucinane w końcu nie było tematu to był jakiś bezdomny, nieznany z imienia i nazwiska ''biedak''. Na pewno został w końcu pochowany na którymś z Wrocławskich Cmentarzy. Woreczki z zawartością które dziadek miał przepadły, najprawdopodobniej trafiły w ręce hien cmentarnych, a były to pokaźne pieniądze.
Podjąłem wiele wysiłku ,żeby odnaleźć miejsce jego pochówku z myślą ufundowania mu w imieniu kupców wrocławskich okazałego nagrobku pn. DZIADEK. Nie udało mi się znaleźć tego miejsca.
Dziadka nie znałem z imienia i nazwiska, prawdopodobnie nie miał żadnych dokumentów.
Nawet Policja często odwiedzająca plac nigdy od niego nie żądała żadnych papierów. Chroniła go z sympatii i też we własnym interesie. Wpadali do niego codziennie na wódeczkę, dobre babcine domowe jedzonko i na pogawędki, jak były jakieś problemy na placu , to ludzie o tym walili prosto do Dziadka, on dalej stróżom prawa i tak współpraca się układała świetnie. Na placu był spokój i porządek. Wszyscy też wiedzieli że mały Jaś robi z Dziadkiem biznesy. Moja pozycja na placu była niekwestionowana . Robiłem ze wszystkimi interesy, miałem duży dodatkowy dochód wchodziłem w różne przedsięwzięcia z dostawcami producentami z właścicielami ciężarówek mieli mieli do mnie pełne zaufanie, nigdy ich przecież nie zawiodłem - lista moich kontrahentów była długa. .
Sam był na tym świecie nie miał nikogo, całym jego życiem to był handelek, był bez szkół, jak już nie mógł się ruszać i dobrze niedowidział ''zamieszkał'' na placu targowym. Wiem, że przez całe życie zasilał jakąś Fundację, przyjeżdżali do niego regularnie po pieniążki. Byliśmy bardzo blisko ze sobą, jedynym tematem przy którym się ożywiał i się otwierał w rozmowach ze mną był temat handelku znam jego historie zaczął bardzo wcześnie pochodził z bardzo biednej rodziny. Żalił się że dzisiejsze morale wśród kupców upadło kiedyś, to były zasady kupieckie. Ja zarówno jak i on żeby handlować wystarczyło dać kupiecki słowo honoru. Mnie do tego nie są potrzebne żadne papiery tak jest do dziś. Przecież tak naprawdę handel to jest nic innego tylko kontakt człowieka z człowiekiem, którzy patrzą sobie w oczy i muszą na początek sobie zaufać, żeby w ogóle zacząć coś wspólnie robić . Parę razy pomyliłem się w ocenie ludzi i zacząłem z nimi robić interesy.
Zasadę którą mi przekazał Jasiu, zadaj sobie dwa pytania we właściwej kolejności;
1.  Z kim robisz interesy?
2.  Ile możesz na tym zarobić?
Jak odwrócisz kolejność i zaczniesz działać, na pewno będzie katastrofa to tylko kwestia czasu.
Ja w swoim życiu pomyliłem się dwa razy w w.wym ocenie i w lotnictwie czytaj o AEROKLUBIE DOLNOŚLĄSKIM i w biznesie czytaj poniżej zarys ogólny tej sprawy pn. EPI MARKET
Cenę za to zapłaciłem okrutną przepłacając to nie tylko finansami, ale i zdrowiem. 
Zamierzam ufundować bezimiennemu
NASZEMU KOCHANEMU DZIADZIUSIOWI
pomnik na Cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu z dopiskiem ;
w imieniu kupców wrocławskich z pl. Kromera we Wrocławiu
Mały Jasiu

WRACAJĄC DO TEMATU:
Te wszystkie inne oprzyrządowanie nowoczesnej techniki to tylko narzędzie wspomagające, decyzje, to my ludzie je podejmujemy nie komputery. Niektóre korporacje światowe już o tym zapomniały. Człowiek w tym wszystkim się gdzieś zagubił. Rozumiem, że niektóre papiery trzeba ''wyprodukować'', ale chodzi mi o aspekt wzajemnego zaufania, gdzie się ono podziało dzisiaj? Każdy tylko patrzy, żeby drugiego ''zautować'', przechytrzyć,.Grę rynkową prowadźmy na zasadach uczciwych tak jak w sporcie! Stała się ona natomiast bezwzględna i drapieżna z użyciem wszelkich podłości.
Mam wielki żal do decydentów z okresu przemian ustrojowych, ja w tym czasie byłem dużym przedsiębiorcom realizowałem się w budowie swojej sieci sklepów spożywczych. W moim kraju stałem się obywatelem drugiej kategorii, każda zagraniczna sieć handlowa była przyjmowana z otwartymi ramionami . Społeczeństwu się tłumaczyło , że dają miejsca pracy. Zwolnieni byli z podatków, łatwy dostęp do zakupu ziemi pod budowę centrów handlowych.
Tłumaczono społeczeństwu ,że na półkach pojawi się polski produkt.
A prawda jest taka:
Centra handlowe i duże markety robiły totalne spustoszenie małych rodzinnych sklepików, upadały masowo, prace traciło setki tysięcy ludzi Płatności naszym producentom były płacone nawet w terminach 120 dni od dostawy. Rozwój sieci odbywał się nie z kapitału sieci zagranicznej tylko z kredytu towarowego która powodowała nadpłynność , te środki były przeznaczane na budowę następnego marketu Podam przykład jak to działało np. przyjmując że taki wielki dom handlowy mogł 1 mln sprzedaży dziennej. Rotacja towarowa w handlu artykułami spożywczymi wynosi średnio 15 dni tzn. że w takim terminie zostaje on sprzedany. Dostawcom natomiast był płacony w terminie 120 dni. Rachunek jest prosty; 120 dni minus 15 dni równa się 105dn. Teraz 105 dni pomnożone przez średnią sprzedaż dzienną 1mln zł dziennie stanowi kwotę  
105 mln zł !!! 
 Są to wolne środki wygospodarowane tylko z jednego marketu – nadpłynność towarowa powstała z kredytu towarowego naszych polskich producentów była przeznaczana w rozwój drapieżny sieci. Wyścigi były toczone przez znane na rynku marki. Tak więc sieć marketów obcego kapitału była budowana z polskich pieniędzy – dostawców towarów w zastraszającym tempie i co najgorsze trwa do dzisiaj. Mój żal polega na tym ,że ja chciałem stanąć do wyścigu z nimi, wtedy zaczynała Biedronka miałem strategię jak się z nią się ścigać. Chciałem pokazać klientom najnowsze techniki obsługi klienta mego autorstwa. Otworzyłem w kraju i za granicą ponad 40 sklepów. Moim atutem miało być zdobycie sympatii klientów sieci o wyłącznie Polskim kapitale. Miałem deklaracje uczestnictwa innych polskich handlowców w tym wyścigu razem ze mną. Ale nie, decydenci nawet nie dali nam czasu, żeby się zorganizować wpuszczając ''rekinów do stawu''. Byłem motorem tych działań. Nie miałem ułatwień jak każdy ''inwestor'' z zagranicy będąc bez dostępu do kapitału. Ale mój sklep miał być wzorcowy i powielany dalej. Jako ''PAN JAN'' MARKET (obecne Epi ) którego jestem twórcą i pierwszym właścicielem. Czułem, że jestem lepszy od tego ''zgniłego zachodu''. We Francji spędziłem łącznie ponad 8 lat. Cały mój plan legł w gruzach bo zostałem ''okradziony przez duet  polityczno - biznesowych cwaniaczków'' z mego Marketu. Decydenci położyli na kolana powoli odradzającą się klasę średnią. Olbrzymie zyski są transferowane za granicę ,bo ''głupie polaczki'' na to pozwalają, rozwój sieci nadal się odbywa z polskich pieniędzy,. Politycy się cieszą bo przecież przybywa ''miejsc pracy'' A wystarczy ten ''chocholi taniec'' zatrzymać jedną regulacją. Jak się broni interes narodowy niech się uczą np; od francuzów. Obcy inwestor na tym rynku ''tańczy'' jak mu zagrają .


Ps. Stronę tą dedykuję Polskim handlowcom, żeby mimo tak trudnych warunków jakie stworzyli nam politycy, czyniąc nas obywatelami drugiej kategorii podnieśli się z kolan.
Wypowiadam się w imieniu polskich handlowców których bardzo wielu znam osobiście, przykro nam, że politycy nam nie zaufali sądząc, że my nie potrafimy budować centra handlowe, markety, dyskonty i inne. Straciliśmy wielką szansę na zaistnieniu i wypromowaniu własnej potężnej sieci, na dzisiaj byłaby to już rozpoznawalna marka. Gdyby tylko były stworzone nam warunki do działania. Dzisiaj byłaby piękna sieć z naszym kapitałem, a tak zrobili to inni, patrz np.: Biedronka

Z lotniczym i handlowym pozdrowieniem
 Jan Mikołajczyk
Wrocław dnia 16.09.2011r.
Tekst: Jan Mikołajczyk
...........................................................................................................................................................................................................................

JAK ZAMIEŚCIĆ KOMENTARZ,  ZAPYTANIE, ... KROK PO KROKU:
  1. W okienku na samym dole strony Prześlij komentarz jako:
  2. Dokonaj stosownego wpisu dotyczącego tekstu na stronie
  3. Wybierz wyróżnik (strzałka w dół, otworzy się okienko) Anonimowy
  4. Kliknij na Podgląd tekstu (możesz dokonać poprawek)
  5. Kliknij Zamieść komentarz
  6. Uwaga: proszę podpisać się z imienia nazwiska, bądź tzw. ksywą
Ps. Dziękuję za dokonanie wpisu
...................................................................................................................................................................

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz